Stanisław Barańczak – Wiersze zebrane

Jacek Podsiadło poleca: Stanisław Barańczak, Wiersze zebrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2006.

 

            Przypominam, że Stanisław Barańczak jest wielkim poetą. I właśnie dlatego, że nim jest,  „jest”, a nie „był”, chociaż zdarzyło mu się odejść z tego świata. Przypominam, bo może zapomnieliście. A wydaje mi się, że to jest dobry czas na czytanie poety, który już jest w panteonie, a jeszcze jakby wśród nas, na ulicach, które znamy, w języku, który jest nasz.

            Lubię odtwarzać sobie w pamięci tytuły jego wierszy. Bez wierszy, same tytuły. Albo incipity. „Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka…”. „Ci, którzy jedzą grzanki, będą jeść suchary”. „– Dockery był, mam wrażenie, młodszy – mówi Dziekan..”. „Żeby w kwestii tej nocy była pełna jasność”. „Co mam powiedzieć”. Od razu jest się wrzuconym w sam środek wiersza, rzuconym na głęboką wodę. Są tak wyrazistymi, choć czasem złożonymi, jak na tytuły, całostkami, że wcale bym nie zgrzeszył, gdybym powiedział, że lubię ich dotykać.

            No co ja mam Wam jeszcze o Barańczaku powiedzieć. Poeta buntu („Ci, którzy liżą klamki, będą gryźć / kraty”). Jak trzeba, to i czuły liryk jak trzeba („Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził”). Posiadacz słuchu absolutnego do polszczyzny. Mistrz humoru, czarnego i nie. Tłumacz wierszy nieprzekładalnych. Twórca form niemożliwych. Wielki mistrz przerzutni. Tak, w przekładach jej nadużywał, ale trudno jednocześnie być mistrzem czegoś i tego nie używać. Rewitalizator rymu. Nasz transcendentalista (o, niezapomniane „pięć piętrowych panter” w pierwszym składzie Boston Celtics!). Uprzejmy krytyk Pana Boga (do dziś można się z nim zastanawiać, o co właściwie chodzi z „Długowiecznością oprawców”). Metafizyk i miłośnik dowcipasów, czasem występujący w obu tych specjalnościach w obrębie jednego zdania. A właśnie, bo też mistrz skrótów i wszelkich form, jak mawia znajomy poeta, „chujkowatych”, czyli zbliżonych do haiku lub w inny sposób karłowatych (niezapomniany esej na temat poetyki tablic rejestracyjnych samochodów). A ten słuch absolutny do polszczyzny to był słuch do absolutnie całej polszczyzny. Nawet z obrzydliwej peerelowskiej nowomowy urzędników Barańczak potrafił wycisnąć poezję, a z języka ulicy wyłuskać słowa skrzydlate. W samych tytułach wierszy z cyklu „Dojść do lady” z „Tryptyku z betonu, zmęczenia i śniegu” skrzydeł dostają słowa i zwroty dziś już zapominane, a w peerelowskich kolejkach do wszystkiego wyświechtane tak, że niemal wytarte ze znaczeń: „Posuwać się do przodu”, „Niech pan zajmie mi miejsce”, „Każdy może stać”, „Za czym państwo stoją”, „Przepraszam, kto jest ostatni”…

            Mówię to znad liczących ponad 500 stron jego wierszy zebranych, ale można sobie też Barańczaka czytać po trochu, po kawałku. Nawet tak bym zalecał, żeby nie przekraczać bezpiecznych dawek dziennych. Bo on się udziela, rzuca się na język.

– Jacek Podsiadło