Juliusz Pielichowski – Czarny organizm

Jacek Podsiadło poleca: Juliusz Pielichowski „Czarny organizm”, Instytut Mikołowski, Mikołów 2019.

Głupio to zabrzmi, ale jednak skupię się na przecinku. W „Czarnym organizmie”, debiucie poetyckim Juliusza Pielichowskiego, największe wrażenie robi na mnie sposób, w jaki używa on tego znaku przestankowego. Jestem zdania, że jeśli ktoś w ogóle zaczyna pisać wiersze, to dlatego, że chce znaleźć nowy język, bo „starego” mu za mało. I jeśli wynajdzie nowe zastosowanie choćby dla czegoś tak małego i oswojonego, jak przecinek, to jest to doniosły wynalazek. Nazwa przecinka jest zarazem jego definicją. Przecinek przecina, rozkawałkowuje całość, jaką jest zdanie, fraza. Kropka (której nasz autor też nie oszczędza) ucina, kończy, jest interpunkcyjnym „howgh!”, jeśli nie „amen”. Nie posunę się do porównania podstawowej jednostki języka, „zespołu wyrazów uporządkowanych według zasad gramatyki, zawierających w treści jakieś stwierdzenie”, do glizdy, ale muszę zauważyć, że kiedy Pielichowski potnie zdanie na kawałki, każdy kawałek dostaje nowe życie i zaczyna żyć inaczej, „jakieś stwierdzenie” nagle samo poddaje się w wątpliwość albo zamienia się w swoje przeciwieństwo, albo nie chce być zdankiem podrzędnym – w każdym razie bardzo dużo ruchu pojawia się w języku. Zasadniczo poezja Pielichowskiego nie jest uzależniona od interpunkcji, jego wiersze poskładane są po bożemu, niektóre są nawet interpunkcji pozbawione, ale przecinki i kropki uruchamiają w nich różne utajone mechanizmy. Może przestanę opowiadać, a zacznę cytować. Ponieważ Tomasz Kunz straszy ze skrzydełka, że ta twórczość „wyrasta z tradycji trudnej, hermetycznej poezji eksperymentującej ze składniowymi i semantycznymi ograniczeniami języka”, na początek trochę ją rozhermetyzuję, prezentując „Pobożność”, prostą historię, przypowieść właściwie:

Gość był nieprzystosowany, więc skończył tak, jak skończył. Nawet nie zdążył zacząć, bo od razu skończył. I gdy go kopali, pod sam koniec tego końca, to już nawet nie prosił, żeby przestali, że chce do mamusi i takie tam. Nie, nic takiego nie zrobił. Dał się zgnoić, żeby jak najszybciej dali mu święty spokój, przyobiecany. I teraz jakiś morał płynie z tego dla nas, wycieka.

A oto dla pewnej odmiany początek wiersza „Kazimierz, ojciec Józefa, ojca Juliusza”:

Śmierć w oknie życia. Znowu nad rzeką,
jedna z wersji. Mówi się mu coś o domu.
Poeta nowy jest kanibalem i żywi się swoim
ciałem. Na pokuszenie, na tę wodę swojego
języka. Bo to poeta nowy.

Tak naprawdę to był początek tego wiersza w wersji „ubożonej”, bo w rzeczywistości autor zapisał te zdania zupełnie inaczej:

Śmierć, w oknie życia. Znowu nad rzeką,
jedna z wersji. Mówi się, mu. Coś, o domu.
Poeta nowy jest kanibalem i żywi się. Swoim,
ciałem. Na pokuszenie, na tę wodę. Swojego,
języka. Bo to poeta, nowy.

Jeśli porównanie obu tych zapisów nie jest dla Was zagadką w rodzaju „znajdź dziesięć różnic”, ale jeśli od razu widzicie, że w zależności od rozłożenia znaków interpunkcyjnych mamy do czynienia z całkowicie odmienną narracją, to znaczy, że ta poezja do Was trafia. W takim razie sięgnijcie po czarny tomik Pielichowskiego, a będzie Wam dana przyjemność czytania; ale jak nie, to nie.

– Jacek Podsiadło