Joseph Roth – Hiob. Powieść o człowieku prostym

Tym razem w cyklu Bibliotekarze polecają! jedna z najważniejszych powieści pisarzy austriackich, w tłumaczeniu Józefa Wittlina:

 

Joseph Roth – Hiob. Powieść o człowieku prostym

Mendel Singer mieszka w Zuchnowie (dzisiejsza Ukraina) i jest miejscowym nauczycielem, zapoznaje dzieci z nauką Biblii. Wiedzie zwyczajne życie: do bólu przewidywalne, momentami dotkliwe, momentami niosące otuchę. „Życie Mendla płynęło spokojnie, niby nikły, nędzny strumyk pośród ubogich drzew”. Nie miał w dotychczasowym życiu sytuacji, której mógłby żałować, nie pragnął żadnej rzeczy, której nie posiadał.  Poza prostym układem odniesień, honorowanym przezeń do tej pory, reszta była zbędna i egzotyczna jak odległe krainy od biedy wymieniane w prasie. Dochował się czworga dzieci, w tym ostatniego Menuchima, nie do końca sprawnego. Żona jego skarżyła się tyle ile skarżyć na męża musi się żona. Dzieci nie dokazywały, rzadko codzienność doprowadzała go do szewskiej pasji. Ot, normalna, rodzina, w początkowych latach XX wieku. Świat, póki co, naznaczony klęskami, jeszcze ostatecznie nie wypadł z kolein.

Ale Bóg, do którego w codziennych modlitwach zwracał się Mendel, restrykcyjnie przestrzegane posty, życie zgodne z duchem Pisma, rabin u którego pomocy szukała żona, nic nie mogli wskórać na pogarszający się stan zdrowia najmłodszego dziecka. Ten, „Leżał tak w kącie, jak kawał błota”. Z biegiem lat przez usta przechodziło mu jedynie słowo „mama”. Aż los postanowił doświadczyć Mendla i jego rodzinę jeszcze raz i jeszcze raz. I znowu. A zaczęło się od żony Mendla. „Od chwili narodzin Menuchima w sercu jej była noc, w każdej radości smutek. Wszystkie uroczystości były męczarnią, wszystkie dni świąteczne – dniami żałoby. Nie było już więcej wiosny i nie było lata. Wszystkie pory roku miały na imię: zima. Słońce wschodziło wprawdzie, ale nie grzało”.

„Hiob” to powieść o poświęceniu, które jest kuźnią dla charakteru. O cierpliwości, za którą gratyfikacja jest odroczona w czasie na wiele, wiele lat. Książka o tym, co można sobie powiedzieć w chwili pożegnania na całe życie, a może lepiej: czego nie udaje się powiedzieć, co potem zalega i zatruwa myśli czarną melancholią. O bezgłośnej i zwodniczej zmianie wpisanej w każdy podstęp dnia, pełzającego z wolna w noc. O ludziach nie wierzących w żadne cuda, bo obce im szczęście, nie darowane troski. O tym, że jak nie stać nas dłużej na siłę do wytrzymywania rozpaczy, wiara zaczyna obumierać. O samotności, która nie daje satysfakcji, ale oddala zwątpienia.