Elizabeth Strout – Mam na imię Lucy

Tym razem w cyklu Bibliotekarze polecają! książka autorki nagrodzonej Pulitzerem za powieść Olive Kitteridge, na co dzień związanej z Nowym Jorkiem – z pewnością dla wielbicieli prozy Alice Munro:

Elizabeth Strout – Mam na imię Lucy

Elizabeth Strout operuje prostą paletą. Jej proza jest oszczędna i powściągliwa, choć zdaje się dotykać spraw najistotniejszych. Pisarka próbuje opisać na czym polega pielęgnowanie więzi, czym jest akceptacja, jak dbać i starać się o bliskość i wzajemne zrozumienie. Niejednokrotnie udowadnia, że najtrudniejsze są dla nas najprostsze słowa i bardzo często egoistyczne pobudki, oddalają nas od innych ludzi, bardziej niż nam się na pozór wydaje. Autorka Braci Burgess, zastanawia się czy rodzina jest w stanie wyposażyć nas w fundament, na którym sami będziemy mogli budować własną przyszłość, czy raczej jej dysfunkcyjne momenty kładą się cieniami na naszych próbach budowania własnego szczęścia?

Strout udowadnia, że życie to proste słowa, czytelne gesty, w porę wyznane uczucia. Fabuła nie jest skomplikowana. Przy chorej córce, przy szpitalnym łóżku, pojawia się nagle niewidziana przez nią latami matka. Poinformowana przez męża chorej zostaje w szpitalu na pięć dni, które będą okazją do wspólnej wędrówki w przeszłość i teraźniejszość. Strout opisuje dzieciństwo wydane szykaną z powodu biedy, nie szczędzi opisów upokorzenia na jakie skazane są mniej zamożne osoby na amerykańskiej prowincji. Opisuje trudy i znoje życia zorganizowanego na pracy, pozbawionego prawie w ogól przyjemności. Widzimy dzieci wpisane w kukurydziany krajobraz, mieszkające z rodzicami w garażu, z szorstką, zaprawioną w pracy matką i milczącym ojcem, którego nawiedzają traumy z przeszłości, a który chyba nie do końca potrafi zdefiniować swoją seksualną tożsamość.

Mam na imię Lucy to książka o tym, że wiele w naszym życiu jest domysłów, może momentami, więcej niż faktów. O tym, że popełniamy błędy, za które płacimy stale wydłużającą się jak saldo w banku, samotnością. O miłości, trudnej, nieujarzmionej. Miłości do ludzi i słow. Do cudzych ramion, ale i opowieści. Strout zastanawia się jak rodzi się fascynacja, co powoduje, że inni wydają się nam atrakcyjni, choć przecież zawsze szukamy wokół siebie ludzi słabszych, aby czuć się lepiej w porównaniach, pewniej w adoracjach. W końcu pisarka stwierdza, że trudno nam zrozumieć rzeczy dotyczące nas samych, bo „wszyscy jesteśmy żałośni”, stale wypatrując kogoś, kogo można by poniżyć. I kto wie, czy to nie największa tajemnica naszych osobowości: umniejszanie zasług innych, aby w swoich oczach rosnąć. To powieść o tym, że bardzo trudno się wzajemnie zrozumieć, zaakceptować, zgodzić się na swoje słabości, na rezygnację z własnych ambicji na rzecz drugiej osoby, na zaprzestanie konfliktów w imię jakiegoś „my”, kiedy bardzo trudno przychodzi zostawić za sobą „ja”. Książka o tym, że każdy z nas ma tylko jedna historię do opowiedzenia, choć w bardzo wielu wariantach. O tym, że rozmowa może być najlepszą terapią i możliwością pogodzenia się z nieuniknionym.

Komentarze do wpisu