Christine Lavant – Zapiski z domu wariatów

Tym razem w cyklu Bibliotekarze polecają! odnaleziona po latach powieść austriackiej pisarki i poetki, dwukrotnej laureatki Nagrody im. Georga Trakla, autorki, której wybór wierszy na rok przed swoją śmiercią przygotował Thomas Bernhard:

Christine Lavant – Zapiski z domu wariatów

Pisarka urodziła się jako dziewiąte dziecko górnika, w alpejskiej dolinie Lavant, w 1915 roku. Jako czternastolatka, ze względu na słabe zdrowie przerywa naukę, zajmując się domowymi robótkami, równocześnie podejmuje pierwsze próby pisarskie, kończące się fiaskiem. W 1935 roku próbuje popełnić samobójstwo. Po nieudanej próbie, na własne życzenie, trafia na sześć tygodni do szpitala psychiatrycznego w Klagenfurcie. Te doświadczenia złożą się na kanwę powieści, która została opublikowana dopiero w 2001 roku, choć prawdziwie krytyczne wydanie, miało miejsce dopiero piętnaście lat później.

Książka Lavant, na długo przed Lotem nad kukułczym gniazdem Kena Kesy’a, próbuje zmierzyć się z opisem oddziału psychiatrycznego, jego pacjentami i sytuacjami, burzącymi ustalony porządek rzeczy. Levant opowiada jak krucha jest nasza odporność wobec nagle spiętrzającymi się nad nami czarnymi nawałnicami. To książka o wrażliwości, która nie potrafi zadomowić się w rzeczywistości. Historia kobiety, dla której rzeczywistość stała się zagrożeniem, a własne myśli pułapką. Szpital nie okazuje się jednak miejscem przemienienia, odmiany, zadośćuczynienia skołatanym nerwom, zszarganemu samopoczuciu. W nim również prym nadaję hierarchia, jest oddzielnym uniwersum, którym zarządzają depozytariusze szaleństwa, obojętni lekarze, pacjenci podporządkowujący sobie słabszych, tworzący wokół siebie dwór wariactwa. „Bo cierpienie, z którym człowiek się tu styka, tak bardzo wykracza poza granice człowieczeństwa, że nie można mu zaradzić samym tylko człowieczeństwem”.

Lavant pisze, że najbardziej nieszczęśliwa jest ta miłość, która nigdy się nie narodziła, bo nikt o nią nie zabiegał. O tym, że celę całe życie nosi się w sobie i trzeba uczyć się przywykać do strachu. Że z innymi ludźmi, w zasadzie się zwykle go powiększa, a nigdy nie umniejsza. O tym, że pragnąc budzić u innych czułość, dostajemy w zamian odrazę i niechęć. O tym, że nasze słowa mogą nie mieć z nami nic wspólnego. O tym, że odpowiednie słowa, zdziałają czasem więcej niż leki i zastrzyki.

„Jedni muszą budować most, inni rodzić dzieci albo przekładać na dźwięki to, co w sobie noszą, ktoś gdzieś może akurat maluje obraz i z każdym pociągnięciem pędzla coraz bardziej się nienawidzi – ach, rzuciło nami w jakimś kierunku i zgodnie z tym kierunkiem podążamy. Kamienie! Kamienie! Kamienie!”.

Komentarze do wpisu