Barbara Klicka – Zdrój

Tym razem w cyklu Bibliotekarze polecają! debiutancka powieść uznanej poetki, autorki tomów same same i nice, laureatki Nagrody Poetyckiej Silesius i Nagrody Literackiej Gdynia:

 

Barbara Klicka – Zdrój

 

Barbara Klicka napisała powieść o godzeniu się z własną cielesnością i ciałem. To proza gęsta, niewymuszenie teatralna, a zarazem surowa, skromna, bezwzględna. Ale od początku. Młoda kobieta trafia na turnus rehabilitacyjny do Ciechocinka. Akcja dzieje się w dwóch planach: narratorka opisuje codzienność pensjonariuszki, która próbuje ratować zdrowie, a w wolnych chwilach wraca myślami w przeszłość, opowiadając sobie od nowa ważne dla siebie doświadczenia. To książka o zyskiwaniu świadomości własnego ciała, rozumieniu jego potrzeb, dorastaniu i przymierzaniu różnych skór, aby za którymś tam w końcu razem poczuć się jak u siebie. Klicka opowiada o życiu z chorobą, o tym jak niedomagające ciało domaga się od nas uwagi i jak przez własne słabości odbierają nas inni. O ciągłym byciu w rozkroku, w czasie pomiędzy, kiedy choroba jeszcze trwa, a kondycja w pełni nie wróciła.

Książka jest skromna, historia niby dobrze znana, ale jakiś dziwny nastrój spaja całość. Stale tli się tu jakiś niepokój, jakby więcej działo się w ciszy, która zapada po słowach, niż w nich samych. W ogóle ma się wrażenie, że sanatoryjne życie jest pozorowane, trzyma się na kilku wystudiowanych pozach, gestach, grzeczności są wyuczone, a dramaty kiczowate. Być może właśnie tak wygląda polskie sanatorium? Z ludźmi uciekającymi przed samymi sobą, odkrywającymi swoje własne twarze, którym już dłużej nie zależy na pozorowaniu manier i kultury, gdyż tu nic już nie stracą, a obcesowo zakomunikowane treści, od razu trafiają pod wskazany adres. „Jesteś za blisko, myślę, nikt nie powinien podchodzić tak blisko, od tego widać, jak bardzo twoje zęby są z kości”.

Bohaterka wraca do dzieciństwa do czasu, kiedy rodziły się pierwsze podniety, a ciało już nie domagało. Opisuje pierwsze fascynacje, przygląda się dojrzewającemu ciału, wydanemu pierwszym popędom biologii, która determinuje nasze życie bez odwołania. Starcze ciała kobiet pod prysznicem przyglądające się łonom, które nie wydały jeszcze dzieci. Głowna bohaterka mówi: „Myślę: trzeba mnie było zapytać, tobym jej powiedziała, że nic we mnie nie ma, tylko zwiędłe paprotki, lodowe wydmy i kra”. Pozostawione sobie samym dzieci budują makietę rodziny. Dziewczynki wyślizgują się z zamkniętego ośrodka na potańcówkę, płacąc za to obskurnymi buziakami, obślinionemu portierowi, sprawującemu piecze nad mającą stawiać na nogi chorych, placówką.

Codzienność pacjenta wydanego bezsilności, skazanego na obojętność łączy się tu z nagłymi porywami serca, flirtami, które najskuteczniej zabijają nudę i płacą zadość nieubłaganej rutynie. Uciekając się do zamykającego wiersz Bądź nie bądź, z poprzedniej książki autorki, wersu, przyznajemy: wszędzie jest z nami koniec.

Komentarze do wpisu