James L. Haley – Wilk. Szlaki życia Jacka Londona

Jacek Podsiadło poleca: James L. Haley, Wilk. Szlaki życia Jacka Londona, z ang. przeł. Ewa Krasińska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2012.     

 

Zanim polecę „Wilka. Szlaki życia Jacka Londona”, odradzę lekturę dwóch innych pozycji z tej samej półki. Nie polecam mianowicie biografii „Jack London. Żeglarz na koniu” Irvinga Stone’a ani analogicznego dzieła Alexa Kershawa „Jack London. Życie bez wytchnienia”. To ostatnie jest napisane bez polotu i nie najlepiej przetłumaczone, zaś klasyczna już biografia pióra Stone’a, napisana bardzo dobrze, grzeszy jednak nieobiektywizmem. Przekonałem się o tym dopiero dzięki Jamesowi L. Haleyowi i jego „Wilkowi…”, dowiadując się przy okazji, żem głupi i łatwowierny. Żeby nie być gołosłownym, od razu własną głupotę udowodnię. Od zgonu Londona trwają dyskusje, czy zmarł śmiercią w miarę naturalną, czy też popełnił samobójstwo. Chętnie podtrzymujący legendę otaczającą jego życie i śmierć Stone przychylał się do opinii o samobójstwie, uzasadniając ją faktem znalezienia przy zwłokach karteczki z obliczeniami „śmiertelnej dawki narkotyku” dla kogoś o wadze Londona. Chodziło o morfinę, której cierpiący na uremię pisarz używał dla złagodzenia bólu. Argument Stone’a o wyliczeniach śmiertelnej dawki wydawał mi się logiczny i był dla mnie przekonujący. Po to się wylicza śmiertelną dawkę, żeby ją zażyć. Trzeba było Haleya, żeby zbił ten argument prostym spostrzeżeniem, iż ktoś zamierzający się zabić nie bawi się w obliczenia, ale zażywa całą morfinę, jaką ma pod ręką. Zatem ilość morfiny wyliczona przez Londona była po prostu maksymalną dawką, jaka mógł zażyć i przeżyć.

Już to, że dopiero w sto lat po śmierci pisarza o życiorysie tak barwnym ukazała się jego pierwsza solidna biografia, jest frapujące. Koniecznym warunkiem takiej solidności wydaje się umiejętność pogodzenia empatii z krytycyzmem w podejściu do opisywanej postaci. Przypadek autora „Martina Edena” jak mało który nadaje się na egzemplifikację tej tezy. W historii literatury utrwalił się wizerunek Londona – w dużym stopniu przez niego samego wykreowany – jako złotego chłopca, który równie dobrze radzi sobie w walce na pięści jak w walce na pióra, wiedzie wolny żywot obieżyświata, kocha ludzkość, a kobiety podwójnie, zwalcza kapitalizm i wytycza nowe szlaki w literaturze. Przeciwnicy tak jednostronnej legendy podkreślają, że ów wiecznie młody, piekielnie zdolny self-made man, przystojny, imponujący tężyzną fizyczną i mocną głową, zmarł w wieku czterdziestu lat jako schorowany, wypalony i zdany na łaskę innych bogacz, grubas i alkoholik. Trzeba było dopiero książki Haleya, aby wydobyć go z piekła uproszczonych osądów. Haley nie ukrywa ani bardziej mrocznych stron osobowości Londona, ani jego niekonsekwencji w wielu dziedzinach. Nie szuka też łatwych usprawiedliwień. Ale wyjaśnia te mroki, ułatwia zrozumienie niekonsekwencji. Pokazuje, co z czego mogło się wziąć. Nie zrzuca wielkiego pisarza z cokołu, ale sprowadza go na ziemię. Czytelnikom zaś uświadamia, że owszem, London nie do końca był tym, na kogo pozował, ale też nie było łatwo być Londonem.

– Jacek Podsiadło