Andriej Płatonow – „Dół”

Proza Płatonowa odziera nas z wszelkich złudzeń i z każdą stroną gęstnieje. Dół jest powieścią, w której zostały skompromitowane wszelkie zapędy i zakusy autorytarnych totalitaryzmów z ich pretensjami do powszechnej szczęśliwości. Włoszczew to trzydziestoletni mężczyzna, którego poznajemy w dniu, w którym stracił pracę, a życie nie ma dla niego jakichś szczególnie ciekawych perspektyw: „Po wietrze na powrót nastała cisza, aż przesłonił ją jeszcze cichszy mrok. Woszczew usiadł przy oknie, żeby wpatrywać się w czułą ciemność nocy, słuchać różnych smutnych dźwięków i dręczyć serce w otoczeniu twardych jak kamień kości”. Rzeczywistość podejmuje go codziennym znojem i trywialnością banalnych zatrudnień, które pozbawiają chęci samodzielnego myślenia. Doprowadzona do absurdu nowomowa, rugująca z prywatnego słownika wszelkie akcenty osobowe, przytłaczająca wszystkich praca, wspólnota, która zamiast prowadzić do zjednoczenia, staje się przyczynkiem do odhumanizowania wchodzących w jej skład ludzi, to znaki rozpoznawcze prozy Płatonowa. Jest to literatura demaskująca motywacje stojące za wszelkimi ideologiami, które w kolektywizacji upatrywały szansy na pomyślność i powodzenie dla nadchodzącej przyszłości. Jeden z kopaczy, nagle mówi do protagonisty prozy Płatonowa: „ – Proletariat żyje dla entuzjazmu, towarzyszu Woszczew!”.

Człowiek w świecie Płatonowa pałęta się po omacku. Życie nie otwiera kolejnych perspektyw, szanse na powodzenie własnych spraw topnieją jak wiosenne śniegi, zaś jedyna aktywność jaka przynosi sens, to składanie się do snu w dole, gdzie na chwilę można ustrzec się przed niepokojami reszty bohaterów, którzy w tej powieści chodzą jak w letargu.  Są jak somnambuliczne żywe zjawy, które karmią się papką realizmu socjalnego w wydaniu rosyjskim, o utopijnych ambicjach, i rozmachu realizacji. Oto zbiera się grupa robotników, mających wykonać założenie planu pięcioletniego, w myśl którego, stale powiększający się dół, będzie miejscem gdzie wybudowany zostanie dom dla człowieka przyszłości, wolnego od trosk, spełnienia szukającego w stadnych aktywnościach, opowiadającego się po stronie „my”, nie „ja”. Człowieka rezygnującego z siebie, wyzbywającego się wolności, w imię powodzenia i pomyślności wizji wspaniałej przyszłości, gdzie wszystko będzie wspólne i redystrybuowane po równo.

Człowiek w prozie Płatonowa jest sam, wydany nieprzyjaznej naturze, pogubiony w rzeczywistości. Jego nadzieje pryskają jak mydlane bański, boryka się pod pustym niebem, którego promienie odbijają szare światło – jedyne światło na tym tekturowym niebie. Wizja lepszego jutra rozpada się jak domek z kart. Kopacze pracujący przy wykopie zaczynają doznawać coraz większego zniechęcenia i apatii. Bezsensowność swojej pracy zacznie sabotować resztkę zapału jaki został im do wykończenia zadania. „ – Fajrant! Już czas, bo umordujecie się, umrzecie i kto wtedy będzie ludźmi?”.

Ludzie w tej powieści poruszają się utrapieni, nie sprzyja im nawet przyroda, ta również odziera z godności, zawstydzająco daje się we znaki, jej brak przychylności objawia się nawet w aurze i klimacie, który jest chłodem skalnej pustki, smaganej bezlitośnie przez szarpiące wszystko na strzępy wiatry.

To również książka traktująca o tym, że nasza świadomość może być dla nas więzieniem. Zamknięci pośród prawd i faktów jakie stają się drogowskazami dla naszego umysłu, doznajemy fatalności wynikającej z rozczarowującej natury wszystkiego. Tak, Płatonow, w tym względzie nie zostawił nam żadnych złudzeń: człowiek jest sam, walczy o kawałek ciepłej podłogi, szamocze się z własnymi ambicjami, w końcu umiera niepocieszony, niezrozumiany, mający poczucie fiaska, jakim zakończyło się nadanie własnej egzystencji trwałego znaczenia. Umierająca matka mówi do swojej córki Nasti: „Idź stąd jak najdalej i sama o sobie zapomnij, wtedy zostaniesz przy życiu…”.

Komentarze do wpisu